Henryk Kaydan 13: Strona 5 (oryginalna plansza)

Była już w tym roku wybuchowa strona czwarta, którą możecie obejrzeć tutaj. Zamiast siedzieć na tyłku i celebrować daty, wolę porządnie przyspieszyć. Kolejna strona jest już gotowa. Nie jest to może moje dawne tempo 3 plansz dziennie, ale nie jest też źle. Czas wykończenia pozostaje mniej więcej na tym samym poziomie. Co mnie cieszy, bo wracam do rysowania po sporej przerwie i trochę niepewnie się z tym czuję.

Kiedyś jeden znajomy rysownik, o nieporównanie większym nazwisku, dużym talencie i uznanej reputacji, powiedział mi, że siedział nad jedną planszą tydzień. Zawsze mnie to zastanawiało. Był to rysunek nie z tego świata, nie przedstawiał niczego, co wymagałoby jakiejś olbrzymiej dozy realizmu. Naprawdę nie wiem, co można robić tydzień nad arkuszem papieru! Choćby nawet rysowało się wnętrze Kaplicy Sykstyńskiej, tydzień wydaje mi się dużą przesadą. Wierzę w prawo Parkinsona. Zadanie zajmie dokładnie tyle czasu, ile na nie zaplanujesz. No, jasne, że nie machnie się dobrej planszy w pół godziny, ale w dwie, trzy? Oczywiście, że tak! Może precyzyjniej: wydłużenie czasu spędzonego nad robotą nie sprawi, że efekt będzie lepszy. Tak, jakby fakt, że dłubało się coś godzinami sprawiał, że to coś jest więcej warte. Bullshit. To znaczy, że po prostu siedzisz na fejsie lub drapiesz się po tyłku zamiast zacisnąć zęby i skończyć zadanie.

Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się zrobić coś lepiej tylko dlatego, że poświęciłem na to więcej czasu, niż trzeba. Nigdy nie ukrywałem, że jestem na tle innych rysowników dosyć szybki. Osiem blanków przed lunchem, a potem jeszcze plansza? No problem. Parę osób mówiło mi, że nie powinienem tego pisać, bo odbiorca traci szacunek wobec czegoś, co powstało szybko. Klient nie będzie chciał dużo zapłacić na planszę, która powstała w dwie godziny.

Nie zgadzam się z tym. Doświadczenie temu przeczy. Ludzie mają gdzieś, ile czasu i jak coś robisz, jeśli efekt wygląda czadowo. Mam spore doświadczenie z innych branż i wszędzie to widać. Czas spędzony na międleniu rzadko kiedy jest dobrze wykorzystany. Najlepsza robota robi się sprawnie. Oczywiście, są wyjątki, ale jako generalna zasada dość mi się to w życiu sprawdza. Co więcej, moje najlepsze plansze powstawały zawsze, praktycznie bez wyjątku, bardzo szybko. I odwrotnie, strony, które za długo pieściłem, często dziś wydają mi się przepracowane, niekiedy też zdarzało mi się wtedy coś nieodwracalnie popsuć.

Marzy mi się kiedyś zrobienie wyzwania w stylu „komiks w 24 godziny”, albo coś podobnego. Naprawdę z olbrzymią ochotą narysowałbym 22 strony w jeden dzień. Może to dobry pomysł na film na Youtube, albo można by zorganizować podobny challenge na którymś z konwentów? Na Zachodzie są to znane rzeczy. Jestem pewien, że rezultat byłby ciekawy!

Na koniec tradycyjnie podgląd procesu tworzenia oryginalnego artu, od szkicu aż do końca. Kaydan 13 i Kosmiczne Patałachy to dobry sposób na powrót do rysowania. Pozwala mi trochę zaszaleć i przywrócić rytm. Jeszcze parę plansz i nawet nie poczuję, jak z powrotem będę na całego w siodle.

4 uwagi do wpisu “Henryk Kaydan 13: Strona 5 (oryginalna plansza)

  1. No niestety w wielu branżach jest chyba jak z firmami przeprowadzkowymi – im dłużej noszą ci meble z mieszkania do mieszkania, tym więcej na tym zarabiają, nie ważne, że meble ciężkie nie są a oni wyglądają na silnych chłopów 😉
    Więc często spotykałem się z tym, że jeśli wykazujesz komuś, że można zrobić coś ileś razy szybciej a równie dobrze, albo nawet lepiej i taniej, to biorą cię za stachanowca czy innego wariata, który psuje im biznes.
    Pracowałem raz np przy pewnym serialu dla dzieci gdzie „profesjonał” od 4 miesięcy nie potrafił dostarczyć choćby jednego miniscenariusza – głupie 9-10 stron, mi dali dwa tygodnie, z czego na pisanie mogłem poświęcić jedynie 2 dni i walnąłem 4 scenariusze, plus polisz i po 2 piosenki w każdym. Da się? Da się. A jakościowo było lepiej od kału, który miesiącami dostarczał tamten. Ale co z tego skoro robotę nadal ma tamten, a mnie wysiudano.
    Innym razem walnąłem dwa pełnometrażowe scenariusze komediowe w 4 dni, wersja brudnopisowa, więc do tego doszło po jednym dniu na edycję w kompie i poprawki. Da się? Da się! Skoro statystyczny amerykański scenarzysta, ba John Hughes nie p…i się i pisze przeboje w dwa dni-tydzień góra, to po co ślęczyć?
    No ale co poradzić skoro u nas potrafią wręcz „uczyć”, wbijać adeptom sztuki, że nad scenariuszem MUSISZ się męczyć i poprawiać go ileś razy. Powaga! Słyszałem np wielokrotnie zdanie naszych „specjalistów”, że ponoć porządny scenariusz filmowy ma… uwaga uwaga… 13 (!) wersji!!! I wszystko by było ok, gdyby to była zwykła statystyka, bo przy filmach zmiany często się zdarzają, ot, zachodzą roszady wśród aktorów, reżyserów, producentów, wahania budżetowe itd itd i każdy wtedy dodaje coś od siebie. Tylko, że nikt tam nie zakłada sobie, że tych wersji będzie więcej niż jedna!!
    A u nas okazuje się, że te 13 wersji wtłaczają studentom nawet na Filmówce jako coś niemal obowiązkowego!
    I potem – autentyczna historia – siedzę kurna nad jednym, drugim, trzecim projektem z panami dyplomowanymi magistrami-reżyserami, którzy bardzo chcieliby napisać ze mną scenariusz, ale którzy nie znają żadnych podstawowych pojęć. Którzy nie wiedzą jak budować postacie i jak je wprowadzać. Którzy nie wiedzą jak wygląda struktura i jak się pisze dialog… Ale za to potrafią ze śmiertelną powagą stwierdzić „myślę, że za 13ą wersją będziemy to mieli gotowe” 😛

    1. Poruszasz mnóstwo ciekawych wątków, dziękuję za ten komentarz!
      W pisaniu scenariuszy sensu stricto (obok tych komiksowych) nie mam doświadczenia, ale jeśli idzie o różnego rodzaju projekty, to myślę, że jest miejsce dla obu podejść. Z jednej strony, samemu można wszystko zrobić szybko i sprawnie. Z drugiej strony, nie mamy wtedy feedbacku, który jest kluczowy w większych przedsięwzięciach tak, aby nie wtopić i nie pogrążyć przy okazji czyjejś roboty lub kasy. Często za tzw. pracą kreatywną stoją duże pieniądze, stąd np. filmowcy są pod nieustanną presją producentów. Opinie typu „Super, ale czy to musi być w kosmosie i czy główny bohater to musi być mężczyzna, a w ogóle to może musical?” nie należą w tym biznesie zapewne do rzadkości!:) Kto wkłada kasę w projekt, ten chce mieć wpływ na całość. Czy to dobrze, źle? Nie wiem. Pewnie zależy, są przykłady na tak i na nie.
      Osobiście staram się trzymać jednej zasady. W nie-komiksowych projektach, którymi też często kieruję, czyli w pracy zawodowej, staram się polegać na wyważonych sądach i brać pod uwagę opinie innych. Praca zespołowa nie bez powodu jest szeroko stosowana w wielu dziedzinach, a sanity check na własne projekcje zawsze się przydaje. Za to w projektach związanych ze sztuką, zawsze daję sobie całkowitą swobodę i ostatnie słowo. Rzadko kiedy słucham innych. Z tego powodu nie przyjmuję zazwyczaj zleceń rysunkowych i nie pracuję w ilustracji pod dyktando. Z tego samego powodu nie staram się uprawiać rysunku zawodowo. To mój świadomy wybór, i póki co jest mi z nim dobrze.
      Przypomina mi się dokument o powstawaniu filmu „Blade Runner”. Scott nie bardzo mógł go skończyć z jednym scenarzystą, zatrudniono drugiego, całość sztukowano, były zapewne niejasne sytuacje, i w sumie co? Zależy, kogo spytać. Biznes już taki jest, szary z przebłyskami, i tyle:)…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *