Henryk Kaydan 2: Strona 11 (oryginalna plansza)

Parę ładnych dni nie było wpisu, ale też i nie było za bardzo o czym opowiadać. Nowych plansz tyle, co kot napłakał, na kolorowanie też za bardzo nie było czasu (chociaż parę plansz jeszcze do dokończenia zostało). Poranki i dnie miałem ostatnio do pełna zajęte, a wieczorami mam siłę jedynie pograć w rewelacyjnego Cyberpunka 2077. No i do tego są Święta.

Nigdy co do zasady nie pracowałem nad komiksami po godzinie 19:00, chyba, że coś mnie danego dnia wyjątkowo uskrzydliło. Zazwyczaj jestem już wtedy zbyt zmęczony (wiem, very millennial, ale to akurat rozsądne i wypracowane doświadczeniem podejście) i popełniam więcej błędów. Rysowanie to mimo wszystko nie smażenie burgerów w fast foodzie czy podbijanie stempla na dokumentach. Broń Boże nie umniejszam pożyteczności tym frapującym zajęciom i dobrze znam smak powtarzalnej roboty, ale sztuka to nie coś, co można robić na autopilocie. Wymaga dużej koncentracji, wręcz izolacji, a po kilku godzinach po prostu trzeba umieć odłożyć ołówek. Inaczej można coś nieodwracalnie spaprać. Papier nie wybacza, a cyfrowe rysowanie jest dla pussies.

Lubię za to wstawać bardzo wcześnie nad ranem (czwarta, piąta) i wtedy pracować. Teraz jednak nie mam tego luksusu i chwytam bez ceremonii każdą godzinę snu, starając się tu i ówdzie popchnąć do przodu przygotowanie komiksów do druku. Cierpi na tym blog. Pokazywanie cyfrowej obróbki plansz to jednak nie to samo, co szkicowanie i nakładanie tuszu. Nie ma w tym nic interesującego. Gdy nie ma się nic do powiedzenia, lepiej milczeć. Jak w starym dowcipie, kiedy kilkunastoletni niemowa pyta rodziców przy obiedzie, gdzie jest kompot. Rodzice zdziwieni podskakują na krzesłach i pytają, czemu dopiero teraz się odzywa. – Bo zawsze był, odpowiada syn.

Na szczęście swego czasu przewidziałem podobne okoliczności i przygotowałem kilka fotek starych plansz z Henryka Kaydana. Mogę więc zawsze poudawać, że akurat dzisiaj wyciągnąłem jedną z szuflady. Chociaż w sumie tak naprawdę plansz wcale nie trzymam w szufladzie, bo by się w żadnej wszystkie nie zmieściły. Mam ich dobrze ponad tysiąc i zajmują całkiem sporo miejsca w magazynku. Wśród nich ostała się papierowa strona 11 z drugiego numeru HK:

W sumie nie jestem pewien, czemu jej nie sprzedałem, bo jest to na pewno jedna z bardziej przykuwających uwagę plansz z dwójki. Ale teraz się cieszę, bo niewiele oryginalnego artu mi już ze starych Kaydanów zostało. Plansza powstała gdzieś między 2010 a 2011, a więc bardzo dawno temu i należy o tym pamiętać! Niemniej wydaje mi się, że widać, do czego wtedy dążyłem. Użyte narzędzia to ołówek, tusz i gruby brystol Fabriano o formacie większym niż A3 (choć zarysowana powierzchnia spokojnie zmieściłaby się właśnie na A3). Robiłem też jeszcze wtedy czarne marginesy tuszem bezpośrednio na arkuszu, choć nie ma absolutnie takiej potrzeby. Łatwiej nanieść je na komputerze.

Mimo sporego archiwum fotek, musiałem niedawno znowu przewertować sterty fizycznych oryginałów, aby dotrzeć do ostatnich stron Kociej Planety. Byłem pewien, że mam wszystkie skany. Okazało się jednak, że paru brakuje. Nie macie pojęcia, co znaczy szukanie konkretnych plansz wśród dosłownie ponad tysiąca innych. Owszem, mam je odpowiednio poukładane bo nie lubię bajzlu, ale zawsze trzeba się nawyciągać. A zatem najpierw Rozpacz, Zgrzytanie Zębów, Tragedia Posejdona i Krwawy Terror Odgrzebywania Staroci, a potem faktycznie musiałem sobie przywieźć plansze do ponownego skanowania:

Pod choinkę dostałem nowy tablet. Wypróbuję go do kolorowania. Potem będę musiał narysować coś nowego, albo skończą mi się tematy do wpisów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *