Zeszyt dnia: Superman (vol. 1) 214

Lato w pełni, słońce parzy, ręka sama sięga w kierunku ocienionych regałów z komiksami. Korzystamy z okazji i jedziemy dalej z ciekawymi zeszytami z dawnych czasów.

Jeśli chodzi o stare, „przedkryzysowe” zeszyty, skupiłem kolekcję na moim ulubionym bohaterze, Supermanie. Nie jest ona oczywiście pełna, pierwsze setki (tak, setki) zeszytów serii Action Comics czy Superman osiągają wysokie ceny i nie skusiłem się jeszcze na podobne ekstrawagancje. Co innego komiksy z lat 60, 70, 80. Jest tu sporo niesamowitych pomysłów, świetnych rysunków, klimatu, jednym słowem kawał historii, który warto poznać.

Superman 214 (data okładkowa to luty 1969, więc pewnie wyszedł gdzieś na święta ’68) kosztował mnie, jak widać, jedyne 12 centów. Jest to opowieść z Metallo opatrzona niesamowitą okładką Neala Adamsa. Środek rysował niezrównany Curt Swan, który po prostu władał całym Supermanem przez co najmniej dwie dekady. Wczesne jego historie nie są może z dzisiejszej perspektywy rewelacyjne graficznie (dość kiepska reprodukcja też robi swoje, choć to i tak daleko tu do ekscesów lat późniejszych), ale dojrzały Swan w połączeniu z np. Murphym Andersonem to już nie żarty, tylko komiksowy Olimp. Nie bez powodu duet ten nazwano „Swanderson”. Zamierzam przedstawić ich komiksy na blogu. Oryginalne plansze to czysta klasyka i nieziemski inking.

Jak to zwykle było w starych komiksach, pierwsza strona (opening splash) wyjaśnia w skrócie fabułę komiksu, na wypadek, gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości po wyjaśnieniach na okładce.

Czytanie starych Supermanów pozwoliło mi jeszcze bardziej docenić reboot Johna Byrne’a, którego małą część przedstawiono kiedyś również w Polsce. Kanadyjczyk tchnął w Supermana wyjątkowe, nowe życie, czerpiąc przy tym pełnymi garściami z najlepszych tradycji. Jego wersja Kal-Ela broni się znakomicie również i dziś. Miniseria Man of Steel to mój ulubiony komiks w ogóle i miałem szczęście, że to dzięki niej jako dzieciak wsiąknąłem w komiksy.

Bonusem numeru jest również… opowieść o tym, jak Perry White zatrudnił Clarka Kenta! Dzisiaj pewnie zrobiono by z tego dwunastoczęściowe crossover, wtedy minikomiks wykorzystano po prostu jako zapchajdziurę po głównym wątku. Dlatego właśnie uwielbiam stare komiksy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *