Batman Legends Of The Dark Knight 28: Oryginalna plansza (Matt Wagner)

Historia narysowana przez Matta Wagnera dla serii Batman: Legends Of The Dark Knight ukazała się również w Polsce. Jak każdy komiksowy weteran, pamiętam ją z czasów TM-Semic. Lubię też Matta Wagnera. Dlatego, kiedy tylko nadarzyła się wygodna okazja zakupu całkiem fajnego oryginału, skorzystałem z niej od razu.

Plansza to szesnasta strona 28 numeru serii o legendach Mrocznego Rycerza i wykonana jest bardzo solidnie. W swoim charakterystycznym (czytaj: nie przepchanym lineworkiem) stylu, Wagner wypełnia przestrzeń tuszem elegancko, pewnie i z dużą starannością. Główną atrakcją prac Matta jest oczywiście znakomita gra kontrastem. Artwork doskonale, a kto wie, czy nie lepiej od drukowanego „Legends”, sprawdziłby się w komiksie bez koloru.

Ręczne liternictwo dodaje uroku całości. Uważam, że zwykle wnosi ono wielką wartość dodaną do percepcji całości. Liternictwo stanowi sztukę, którą podziwiam, a w której nigdy, mimo dość dużej cierpliwości, nie byłem nawet przyzwoity. Prawdę mówiąc, jestem w nim okropny, dlatego w zasadzie nigdy nie naniosłem liter samodzielnie na żaden komiks (wyjątkiem jest miniaturka „Planeta Nieumarłych”, dostępna do poczytania na stronie). Zazdroszczę wielu liternikom ich pięknego stylu.

Nie jestem pewien, czy zdecydowałbym się na zakup planszy, gdybym nie miał do niej osobistego stosunku, czyli wspomnień związanych z kupnem polskiego wydania w kiosku. Oryginały to zawsze ryzykowny zakup. Ich rynek nie jest głęboki i zawsze staram się pamiętać o zasadzie, by kupować tylko te, z których będę czerpał estetyczną przyjemność. Nie traktuję plansz jako inwestycji, uważam, że jest to błąd. Traktuję je natomiast jako całkiem niedrogie wzbogacenie codzienności o piękne, jedyne w swoim rodzaju dzieła sztuki, które sprawiają mi radość za każdym razem, kiedy patrzę na ścianę. Świadomość, że na świecie jest tylko jeden taki art, i że leży on właśnie przede mną, jest niesamowita.

Planszę kupiłem jakiś czas temu na targach komiksowych w New Jersey u Jima Wardena, którego poznałem jako dilera prac Johna Byrne’a. Kosztowała w sumie może z 50 dolarów, znacznie mniej, niż cena wyjściowa (zawsze warto się potargować, zwłaszcza, jeśli kupuje się trochę więcej). Stanowi fajne uzupełnienie kolekcji na światowym przecież poziomie i zarazem miły, sentymentalny akcent z czasów TM-Semic. Czego tu nie lubić?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *