Next Men 22: Oryginalna plansza (John Byrne)

Z kupowaniem dzieł sztuki, czy po prostu (mówiąc mniej górnolotnie) jakichś wyrobów artystycznych, jest jedna zasada. Trzeba skoncentrować się na tym, co nam się podoba i sprawia przyjemność. W ten sposób nigdy nie będziemy żałować wydatku, nawet, jeśli wartość dzieła nie wzrośnie w czasie.

Sam nie traktowałem nigdy oryginalnych plansz jako inwestycji, a raczej jak wydatek na to, co uwielbiam i co wspaniale wzbogaca moje życie. Ileż radości daje spojrzenie przy porannej kawie na oryginalny art Dana Jurgensa z Time And Time Again, który doskonale pamiętam z czytanego w dzieciństwie komiksu o Supermanie! Jeśli z czasem cena rynkowa idzie do góry, świetnie, jeśli nie, to nic – wciąż mam oryginał, którym mogę się cieszyć jako jedyna osoba na świecie… Mam ochotę wziąć ołówek do ręki za każdym razem, kiedy na niego patrzę.

To nie jest tak, że ludzie potrzebują tylko papieru toaletowego, czarnego chleba i kawy. Czasem konieczność wymusza skupienie się na bardziej pierwotnych potrzebach, ale, prędzej czy później, inne aspekty życia także stają się ważne. To one właśnie napędzają postęp, inspirują, czynią świat piękniejszym.

Ostatnio Facebook, obok agresywnych propozycji reklam moich własnych postów (niedługo zasięg na 20 osób będzie bez promocji wspaniałym rekordem), pokazywał mi reklamę wyrobu w proszku, który miałby, dla oszczędności czasu i pieniędzy, zastąpić całodzienną dietę. Żal zrobiło mi się ludzi, którzy uwierzą w ten bullshit. Przypomniał mi się Kongres Futurologiczny Lema, w którym Ijon Tichy, w końcowej fazie swojej wizji, siedzi w jakiejś klatce i zajada podaną breję, przeświadczony, że podaje mu się wykwintne przekąski. Dzisiaj nie wydaje się to pewnie nawet niektórym zbyt straszne…

Wróćmy jednak do samego artu. Uwielbiam Johna Byrne’a, i dlatego jego plansze stanowią znakomitą część mojej kolekcji. Opowieść o Next Men to jeden z moich ulubionych komiksów w ogóle. Darzę tę serię wielkim sentymentem i dlatego musiałem mieć przynajmniej jedną oryginalną planszę z nią związaną. Bardzo lubię tę dominację stalówki nad pędzelkiem. Późniejsze numery sagi to już w ogóle szaleństwo pomysłów i pewna mieszanka stylów. Najlepsze, co amerykański komiks miał w czasach swojej świetności do zaoferowania. Jeśli nie czytaliście, a szukacie ciekawej, wielowątkowej historii w świetnej oprawie graficznej, polecam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *