Zeszyt Dnia: Conan The Barbarian 148

Uwielbiam stare Conany! Mają niesamowitą aurę, zwłaszcza te narysowane przez Johna Buscemę. Ostatnio o mało nie skusiłem się na część runu Barry’ego Windsor-Smitha, ale jednak jest to dość droga impreza i póki co pomyślałem, że wczesny styl tego znakomitego rysownika nie jest mi aż tak drogi.

Czytam właśnie Conana 148 – przyznam, że po poszczególne numery serii sięgam dość losowo. John Buscema i Ernie Chan, nic dodać, nic ująć. Powyżej macie nawiedzoną okładkę, a za chwilę otwierający, mega klimatyczny splash – jedno lepsze od drugiego. Jedyne, czego bardzo żałuję, to słaba jakość druku w większości amerykańskich zeszytów z Barbarzyńcą. Ciekaw jestem, czy w komiksach TM-Semic można zobaczyć lepiej zreprodukowane plansze. Nie mam niestety żadnego i nie wiem nawet, czy zawierają one opowieści z Conan The Barbarian. Jeśli tak, to będę musiał nadrobić zaległości, bo jakość druku była w spolszczeniach z reguły bardzo dobra (tylko święta ignorancja pozwalała nam, dzieciakom, sądzić kiedyś, że było inaczej! Ale wtedy drukowano po prostu z reguły wszystko bardzo solidnie).

Sama historia numeru 148 to typowe conanowskie regular fare. Conan dociera do tajemniczej osady, gdzie (po kilku obowiązkowych bitkach) zostaje o mały włos zostaje zamieniony w… drzewo przez pewnego maga. Nie po to jednak przecież czytamy Conany, by odkrywały przed nami jakieś nowe horyzonty. Opowieść jest (jak zawsze) solidna i dostarcza przyjemnej rozrywki w świetnej oprawie graficznej.

W połowie komiksu interludium: niespodzianka dla miłośników dawnych gier komputerowych i G.I.Joe. Reklamy w starych komiksach to zresztą poezja:

Co do rysunków, Johna Buscemy chyba nikomu nie muszę reklamować, a jeśli jakimś dziwnym przypadkiem nie poznaliście jego prac, to zaraz nadróbcie zaległości. Dowolny rysownik dzisiejszego Marvela czy DC wypada przy losowym kadrze Johna blado jak mokry kapiszon. Chwilowe mody przejdą, a do jego rysunków ludzie zawsze będą chętnie wracać. Ta masa, ta anatomia, te tańczące kobiety… Tusz Erniego Chana jest może trochę przytłaczający, no ale taki już urok tej twórczej pary i biorąc pod uwagę ilość numerów, jakie spłodzili, pozostaje się z tym tylko pogodzić. Myślę zresztą (choć nie widziałem niestety żadnej oryginalnej planszy), że, z uwagi na gęsty inking Chana, tym rysunkom naprawdę bardzo pomogłaby lepsza reprodukcja.

Jestem fanem całej serii i na pewno będę do niej często wracał. Zachęcam do sięgnięcia po te komiksy, jest tam mnóstwo dobrej zabawy, genialnych rysunków i rewelacyjnych okładek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *