Jack Kirby’s Fourth World: Oryginalna plansza (John Byrne)

Dzisiejszy art został wykonany w całości przez niezastąpionego Johna Byrne’a i pochodzi z nieco zapomnianego komiksu Jack Kirby’s Fourth World nr 15, strona 4.

Przyznam, że nie czytałem żadnego odcinka serii, niemniej jednak zaopatrzyłem sie w oryginał ze względu na to, że całość prezentuje się uroczo, jak i na… dobrą cenę. O ile pamiętam, nie przekraczała ona 100 dolarów, a to nawet jak na polskie warunki nie jest przecież kosmos. Jak na przyzwoite dzieło sztuki, jest to nawet całkiem, ale to całkiem nieźle.

Prawda – jest to tak zwana „gadająca” strona, pozbawiona fajerwerków i nie musiałem sprzedawać wątroby, ani nawet połowy lewej nerki, by się w nią zaopatrzyć. Gdyby przedstawiała jakiegoś Oriona czy Lightraya w kosmosie (nie mówiąc już o Supermanie lub innym tytułowym bohaterze), i do tego pochodziła z lat osiemdziesiątych, zapewne byłaby kilkukrotnie droższa.

Cena ceną, ale to przecież nie wszystko. Nie chodzi o zbieranie dla zbierania. Dlaczego zwróciłem uwagę na tę właśnie planszę? Zdecydowały o tym dwa główne czynniki: postacie i liternictwo.

Po pierwsze: postaci. Wielu komiksiarzy woli pełne akcji, „reprezentacyjne” strony, ale ja uwielbiam właśnie takie codzienne sceny z bohaterami siedzącymi przy stole. Wiem, że nieraz trudniej jest dobrze zrobić zwykłą, gadającą scenę, niż efektowny splash page. Doceniam drobne gesty postaci, mimikę, delikatny inking, ogólną równowagę kompozycji – wszystko to, co czyni rysunki Byrne’a naprawdę interesującymi.

Po drugie: literki. Dzisiaj już praktycznie nikt nie nakłada tekstu ręcznie, na oryginałach. Byrne słynął z tego, że swoje własne litery nanosił na plansze wklejając wydrukowane teksty w dymki. Nawet jeśli nie są to „prawdziwe” ręczne litery, efekt finalny jest bardzo dobry i zdecydowanie podnosi poziom ogólnej percepcji jego prac z tego okresu. Jeśli zbieracie plansze, wiecie, jak kolosalną różnicę robi widoczne liternictwo. Jest to jeszcze jeden powód, dla którego kolekcjonowanie oryginalnego artu jest tak atrakcyjne.

Czy traktuję plansze komiksowe jako inwestycję? Szczerze powiem: nie bardzo. Kupuję to, co sprawia mi radość i nie przejmuję się potencjalnymi wzrostami czy spadkami cen. Myślę jednak, że największe ryzyko dotyczy tych najdroższych i najbardziej poszukiwanych plansz. Te zwykłe, często niepozorne, to całkiem bezpieczny (i niedrogi!) sposób, by uczynić codzienne otoczenie bardziej interesującym i czerpać większą radość z tego, co nas otacza. O to przecież w tym wszystkim chodzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *