Spawn 300: Inspiracja

Przy okazji ostatniej wizyty w Midtown Comics na Times Square parę dni temu, zdecydowałem się na kilka zakupów pod wpływem impulsu. Zwykle po prostu odbieram tam zamówienia, bo online jest dużo taniej i można trafić w naprawdę ciekawe promocje. Ale tym razem było inaczej.

Zdecydowałem się kupić z półki kilka nowych numerów Spawna. Zobaczyłem, jak koleś obok mnie kupuje numer 300 (podczas gdy ja odhaczałem na boku moją 5-stronicową — yup — checklistę pożółkłych zeszytów, blokując boczną ladę na dobre pół godziny…) i nabrałem ochoty samemu sprawdzić, dokąd McFarlane zawędrował przez ostatnie kilkanaście lat. Dobrze znam Spawna powiedzmy do numeru 50-60, ale potem straciłem zainteresowanie bo Todd przestał w ogóle zajmować się rysowaniem. Następcy, jak również ogólny kierunek serii, nie wzbudzili mojego entuzjazmu. Od czasu do czasu (rzadko) kupowałem jakiś numer żeby sprawdzić, co się dzieje, ale nigdy nie zostałem na dłużej.

Czuję, że… tym razem może być inaczej! Oto bowiem Todd powrócił do rysowania, jak i do nakładania tuszu. Nie mam pojęcia, na jak długo, ale póki co, wskakuję na ten pociąg. W końcu ile razy zdarza się taka okazja?

Kupiłem więc numer 300, 301 i 302 i pewnie jeszcze tam wrócę po kilka innych wersji okładek:). Boże, ile teraz jest wariantów! Z napisami, bez napisów, czarno-białe…czułem się jak Ignacy Rzecki w piwiarni, jednocześnie podekscytowany i z niewielkim poczuciem winy. Wziąłem 3rd printing numeru 300 z okładką ala Amazing Spiderman i jeszcze jedną okładkę Todda z pierwszego wydania, która akurat była na półce.

Zdążyłem już przeczytać numer 300, a nawet jestem w połowie numeru 301 (komiksy czytam przed snem i bezbłędnie zasypiam dokładnie w połowie każdej historii). I co? Całkiem dobrze! Żadnej rewolucji, ale jest zupełnie przyzwoicie i ogólne wrażenie z czytania jest bardzo podobne do tego sprzed 20 lat. McFarlane zręcznie wymyśla coraz to nowe wątki, jednocześnie pozostając w tym samym, słodkim, fabularnym punkcie wyjścia. Nigdy nie pomyślałbym, że tak będzie, ale w całym zalewie współczesnej produkcji komiksy Todda emanują starym, dobrym vibem, który znałem i kochałem.

Greg Capullo rysuje lepiej niż kiedykolwiek, a i mam wrażenie, że scenariusz Todda jest bardziej wciągający i fachowy. Myślę, że ekscesy lat 90 przypięły mu trochę niesłusznie łatkę scenarzysty – amatora, ale jego pomysły, poruszane problemy i rozwiązania fabularne są — i zawsze były — całkiem niezłe i przede wszystkim oryginalne. Wystarczy wspomnieć choćby niewiarygodne „Perceptions” ze Spider-Mana, które (prawda, trochę rozwleczone, ale graficznie powalające) było koncepcyjnie spokojnie na 15 lat przed głównym nurtem. To rewelacyjny komiks, do którego często wracam dla inspiracji.

Mam też bardzo pozytywne wrażenia po obejrzeniu prac kilku innych rysowników przewijających się przez całą historię. Graficznie jest interesująco, bez problemu można odróżnić od siebie poszczególnych twórców. Każda część ma swój własny klimat. Niemniej jednak, nadal największe wrażenie robi na mnie tusz McFarlane’a – na kogokolwiek go nakłada, zawsze wyciąga z tego złoto. Zgadzam się z samym Toddem, że Capullo jest od niego dużo lepszym rysownikiem (za to Todd jest stworzony do nakładania tuszu!). Ich tandem pozostaje rewelacyjny i nie widzę dzisiaj żadnych topowych rysowników, którzy mogliby ich przebić. Jim Lee macha gdzieś z tyłu, a reszta ledwo gryzie ich ogony…

Życzyłbym sobie, by McFarlane wrócił do rysowania komiksów na papierze. Z tego, co widziałem tu i tam na FB, Spawn 300 był rysowany — przynajmniej do pewnego stopnia — tradycyjnymi metodami, i to widać. Cyfrowy rysunek pozostaje zdecydowanie w tyle, i mam wrażenie, że wychodzi to na niektórych planszach rysowanych przez samego McFarlane’a w następnych numerach. Uważam, że obiektywnie cyfrowe metody nie osiągnęły jeszcze poziomu detali i wyrafinowania oferowanego przez piórko i papier. Zadziwia mnie, jak wiele osób preferuje papier nad cyfrę w finalnym produkcie, jednocześnie nie zwracając uwagi na sam proces twórczy, który uważam za nieporównanie ważniejszy, niż finalne medium (dlatego plansze Henryka Kaydana są i będą tworzone tradycyjnymi metodami na papierze).

Moje spotkanie ze Spawnem po latach to jak spotkanie ze starym przyjacielem: ten sam klimat, ten sam sposób narracji, wszystko po staremu. I tak jest dobrze. Polecam najnowsze numery Spawna każdemu, kto kiedyś lubił tę serię (i rysunki jej autora) i ma ochotę na podobne klimaty. Odnalazłem w tych komiksach inspirację; odnajduję to, co kiedyś w komiksach kochałem. Czego chcieć więcej, wracam po warianty.

4 uwagi do wpisu “Spawn 300: Inspiracja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *